„Inny wariant” jest powieścią science fiction. Naszym celem było napisanie książki lekkiej i łatwej, nie męczącej czytelnika zawiłością fabuły. Posiada wszystkie atuty powieści akcji. Dotyczy światów równoległych (różnych wariantów wszechświata współistniejących w tym samym czasie) i podróży między nimi. Motywem przewodnim są kontakty ludzi i dinozauroidów, których cywilizacja rozwinęła się w alternatywnym wszechświecie.
We wstępie opisane są dinozauroidy i cywilizacja, którą stworzyli. Akcja kolejnych rozdziałów toczy się w różnych miejscach na kuli ziemskiej i okresach historycznych, począwszy od starożytnego Sumeru, aż do czasów współczesnych,.
Poniżej przedstawiamy wybrane fragmenty książki:
„Około 65 milionów lat temu w kierunku Ziemi z olbrzymią prędkością zdążał asteroid. Prawdopodobieństwo, że trafi w planetę było bardzo małe, co wcale nie wykluczało możliwości zderzenia.
Na Ziemi od 140 milionów lat niepodzielnie panowały dinozaury. Opanowały wszystkie środowiska. Pływały w morzach, biegały po lądach i latały w powietrzu. Uzyskały już stałocieplność, a niektóre z nich osiągnęły duży poziom inteligencji. Wiele gatunków żyło w stadach, starsze osobniki opiekowały się młodymi. Gdyby asteroid trafił w Ziemię zmiótłby cały świat dinozaurów. Na szczęście kosmiczna skała musnęła tylko górne warstwy atmosfery wywołując kolorowe efekty świetlne na nieboskłonie i pomknęła dalej w kosmos. Na Ziemi po tym zdarzeniu nic się nie zmieniło, tylko stado hadrozaurów widząc łunę na niebie zaczęło uciekać w popłochu. Po kilku godzinach łuna zniknęła. Życie jaszczurów toczyło się dalej.
Rozpad Gondwany – superkontynentu na południowej półkuli i dryf płyt kontynentalnych spowodował zmiany klimatyczne, które przyspieszyły rozwój dinozaurów. W ciągu milionów lat z małego drapieżnego Stenonychosaurusa wykształcił się inteligentny dinozauroid. Poruszał się tak, jak jego protoplasta na dwóch tylnych kończynach, miał wyprostowaną sylwetkę i wzrost około metr pięćdziesiąt.”
„Rael leżał przez jakiś czas całkowicie rozluźniony, aż w pewnym momencie poczuł wibracje ciała. Z początku słabe, lecz z każdą chwilą przybierające na sile. Nie zaniepokoiło go to znajome uczucie. Wiedział, że w tym momencie jego ciało astralne oddziela się od fizycznego. Nie przeciwdziałał temu. Chciał przenieść się na dwór w Uruk i zobaczyć co się tam dzieje. Już niejednokrotnie stosował tę metodę. Szpiegował nie tylko w krajach ościennych, ale i na dworze swojego króla. Nie była to jedynie zwykła ciekawość ale i środek prewencyjny. Lubił wiedzieć co się wokół niego dzieje i co kto knuje. Arcykapłan czuł, że unosi się w górę chociaż jego ciało leżało bezwładnie. Przez chwilę wisiał nad nim potem ruszył w kierunku ściany. Zbliżył się do niej i przeniknął na zewnątrz. Uniósł się wyżej i pomknął w kierunku Uruk. Gdy przelatywał nad Świętym Źródłem ze zdumieniem dostrzegł otwór w wodzie. Zatrzymał się.
- Trzeba to sprawdzić - pomyślał - Uruk nie wielbłąd i nigdzie nie pójdzie.
Zbliżył się do otworu i zobaczył tunel, wydawać by się mogło, bez końca. Nie przypominało to niczego co znał i przez to napawało go lękiem. Jednak ciekawość zwyciężyła .
- Jestem duchem i nic mi nie grozi - pocieszał się.
Wniknął do tunelu i szybko znalazł się przy otworze na drugim końcu. To co tam zobaczył wprawiło go w wielkie zdziwienie. Nigdy czegoś podobnego nie widział, nawet w snach i wizjach.
Była noc. Otaczała go dziwna roślinność, niezwykłe budowle i obiekty, których nie umiał nazwać. Usłyszał niepokojące dźwięki. Przestraszył się i jego podświadomość momentalnie przeniosła go do ciała fizycznego. Obudził się, przez chwilę myślał o tym, co zobaczył. Był zły na siebie, że się zląkł i tak szybko wycofał. Postanowił jeszcze raz odwiedzić inny świat. Zaczął odczuwać chłód. Znów dorzucił drew do ognia i okrył się kocami. Ułożył się na wznak, rozluźnił wszystkie mięśnie i ponownie opuścił ciało fizyczne. Pomknął w kierunku tunelu, przeleciał przez niego jak błyskawica. Po drugiej stronie czekała go niemiła niespodzianka. Gdy tylko pojawił się, wokół rozbłysło światło. Nie mógł dostrzec jego źródła, było jasno jak w dzień. Otaczały go cztery postacie trzymające w rękach dziwne przedmioty. Chciał się wycofać, ale poczuł, że owe przedmioty uniemożliwiają mu odwrót. Przyjrzał się lepiej stworom i teraz dopiero zauważył, że nie mają twarzy. To, co uznał za rękę i przedmiot w niej trzymany wyglądało jak całość, zamiast nóg miały po cztery koła z każdej strony połączone dziwną taśmą. Z pobliskich zabudowań wybiegło pięć innych postaci. Te wyglądały bardziej po ludzku. Miały na sobie różnokolorowe ubrania. Z daleka przypominały ludzi, a ściślej mówiąc dziesięcioletnie dzieci, lecz z bliska dało się zauważyć znaczne różnice.
- Co za mordy? - pomyślał arcykapłan dla rozluźnienia. - Gdyby nie to, że to takie kurduple, to pewnie bym umarł na atak serca ze strachu. Co oni kombinują?
Istoty miały wielkie oczy, małe, płaskie nosy, małe cofnięte dolne szczęki i zieloną skórę wyglądającą bardziej na skórę krokodyla niż człowieka. Rael zwrócił uwagę na ich dłonie o trzech palcach.
- Dlaczego tylko trzy? - zapytał sam siebie w myślach.
Zaczął się bać, jakaś siła nie pozwalała mu wrócić do ciała fizycznego. Nie mógł wykonać nawet najmniejszego ruchu.
- Jestem uwięziony - szepnął do siebie arcykapłan z niedowierzaniem. - Zawsze myślałem, że ducha nie da się zatrzymać, a tu jakieś poczwary mnie uwięziły.
Istoty podeszły do arcykapłana i zaczęły go oglądać. Nie rozumiał ich języka. Próbował telepatycznie odczytać ich myśli. Nic z tego nie wyszło, choć w swoim świecie był w tych sprawach ekspertem. Wiedział, że coś się kotłuje w głowach tych istot, ale nie mógł pojąć co. Próbował tej samej sztuki z istotami na kołach, ale jeszcze gorzej mu poszło. Nie odebrał od nich żadnego sygnału, tak jakby były martwe, choć zachowywały się jak żywe stworzenia. Bardzo go to zdumiało, lecz nie miał czasu na przemyślenia. Jedna z trójpalczastych istot wydała polecenia stworom na kołach i trzy z nich odjechały, a czwarty zaczął ciągnąć arcykapłana w stronę budowli za pomocą dziwnej siły, której nie mógł się oprzeć. Za nimi podążyła piątka owych stworzeń.
Został wprowadzony do pomieszczenia, gdzie było bardzo wiele przedmiotów, których przeznaczenia nie domyślał się. Światło w pomieszczeniu sączyło się z sufitu i ze ścian. Nie było to dla niego specjalnie istotne, gdyż jako istota duchowa nie miał fizycznych zmysłów i w każdych warunkach dobrze widział. Został ustawiony na środku sali. Stwór na kółkach szybko oddalił się od niego, a mimo to nadal nie mógł się poruszyć. Starał się ponownie na wiązać kontakt z piątką istot, które kręciły się po pomieszczeniu. Tym razem jego próby wypadły jeszcze gorzej. Widocznie teraz istoty zabezpieczyły się przed próbą penetracji ich umysłów ze strony arcykapłana.
- Ale cwaniaki - pomyślał arcykapłan - Na wszystko są przygotowani.
Jedna z istot usiadła przy stole w pobliżu ściany i zaczęła coś na nim przyciskać. Pozostałe stanęły przodem do jednej ze ścian i rozmawiały ze sobą. Z podłogi uniosła się niewielka kula, poszybowała nad głowę arcykapłana i zatrzymała się nad nią. Na ścianie, przed którą stały postacie ukazały się obrazy. Wyglądało to tak jakby ściana zniknęła, a za nią pojawiła się duża przestrzeń będąca sceną oglądanych zdarzeń.
- Niesamowite, wszystko jak prawdziwe. To jest zdecydowanie lepsze niż w rzeczywistości - zachwycił się arcykapłan - Ale ja to chyba skądś znam. No jasne to są moje wspomnienia.
Widział teraz dokładnie to, co jego oczy kiedykolwiek ujrzały, słyszał to co zdarzyło mu się w życiu słyszeć, zobaczył także swoje marzenia, których nigdy nie udało mu się zrealizować. Widział to, o czym już dawno zdążył zapomnieć i to, o czym wolałby nie pamiętać. Nie było chronologii, bo w głowie miał zawsze zamęt. Wszystko było niezwykle wyraziste. Pomyślał, że już nie żyje, gdyż uczono go, że po śmierci człowiek widzi całe swoje życie. Nikt mu jednak nie powiedział, że odbywa się to w tak zdumiewającej formie.
- Nie tak wyobrażałem sobie życie po śmierci - zadumał się. - A ci wszyscy moi nauczyciele to wstrętne kłamczuchy.
Przegląd życia arcykapłana trwał długi czas. Istoty z wielkim zaciekawieniem śledziły projekcję. Od czasu do czasu coś komentowały. Po zakończonym przeglądzie wyszły z pomieszczenia, na ekranie nadal ukazywały się obrazy. Arcykapłan pomyślał o domu. Wyobraził sobie, że leży wygodnie w swoim łóżku, a wokół niego krzątają się najładniejsze niewolnice. Ze zdumieniem stwierdził, że na ścianie ukazał się obraz jego domu i niewolnic dokładnie taki jak to sobie przed chwilą wyobrażał. Obraz zniknął w momencie, gdy arcykapłan zwrócił uwagę na ścianę i przestał marzyć. Na [q1]ścianie był tylko obraz ściany i części pomieszczenia, które widział. Gdy tylko zorientował się o co chodzi, zaczął wyobrażać sobie różne rzeczy i oglądać je na ekranie. Po niedługim czasie do sali weszła jedna ze znajomych istot i coś powiedziała. Po jej słowach ściana stała się zwykłą ścianą, a niewidoczne więzy krępujące arcykapłana zniknęły. W mgnieniu oka przeniknął przez budynek i pognał do tunelu. Z niepokojem zauważył, że przy otworze tunelu czekają na niego dwie inne znajome istoty, tak jak on w ciałach astralnych. Minął je i wleciał do tunelu. Istoty podążyły za nim. Błyskawicznie wrócił do ciała fizycznego, otworzył oczy i ujrzał nad sobą pochylających się kolegów kapłanów i strażników świątyni.”
„W świecie dinozauroidów w jednym z miast właśnie odbywa się kongres naukowy dotyczący światów równoległych i sposobów kontaktowania się z nimi.
- A teraz zabierze głos pan profesor Cert - zapowiedział prelegenta przewodniczący kongresu.
Profesor Cert wyszedł na mównicę.
- Szanowni słuchacze - zaczął swój wykład. - Chciałbym omówić w skrócie aktualny stan badań i przedstawić pewne hipotezy. Jak wszyscy wiemy od paru tysięcy lat kontaktujemy się z równoległymi światami dzięki naszym ciałom astralnym. Udało nam się odkryć czternaście czasoprzestrzeni.
Za plecami profesora Certa ściana zamieniła się w holograficzny ekran.
- W dwóch odkrytych czasoprzestrzeniach odpowiednik naszego układu planetarnego w ogóle nie istnieje - kontynuował dalej, a za jego plecami rozciągał się obraz gwiaździstego nieba, - co nie znaczy, że nie należy ich badać. Być może w innych układach planetarnych rozwija się życie. W jednej z czasoprzestrzeni nie odkryliśmy śladów jakiejkolwiek materii. W trzech innych istnieje taki jak nasz układ słoneczny, ale Ziemia i inne planety są martwymi pustyniami.
I znów za plecami profesora ukazały się trójwymiarowe obrazy pokazujące Ziemię i jej sąsiadów widzianą oczami badaczy.
- W pozostałych czasoprzestrzeniach istnieje życie organiczne. W jednej z nich z grupy ssaków, które u nas są małymi zwierzętami, głównie nocnymi, wyewoluowały istoty inteligentne.
Na ekranie pojawili się ludzie.”
„Nagle powiało chłodem. Uczestnicy obrzędu gwałtownie zaczęli tracić siły. W środku kręgu utworzonego przez satanistów zaczęła się materializować jakaś poczwara.
- Co za ohyda - szepnął jeden z rycerzy schowany pod krzakiem. - Dobrze, że to taki kurdupel.
- Cicho - syknął przez zęby dowódca.
Wygląd zjawy nie przestraszył satanistów. W wizjach narkotycznych widzieli o wiele paskudniejsze stwory. Byli przekonani, że to sam Lucyfer wysłuchał ich wezwań i przybył do swoich wiernych sług.
Profesor Cert, bo on to właśnie zmaterializował się na polanie, był zdumiony i przestraszony. Co prawda od dawna marzył, aby w ciele fizycznym móc znaleźć się pośród ludzi, by prowadzić badania, lecz gdy to się spełniło boleśnie zdał sobie sprawę, że czym innym są marzenia, a czym innym rzeczywistość.
- Witaj Lucyferze, nasz Panie - usłyszał.
Znał ten język. Jego koledzy już dawno go rozszyfrowali.
- I coście zrobili - powiedział spokojnie. - Jak ja teraz wrócę do domu?
To powiedziawszy zaklął tak siarczyście, że utwierdził wyznawców zła w przekonaniu, że mają do czynienia z osobnikiem z piekła rodem. W tym momencie z ukrycia wyskoczyli żołnierze księcia. Łapali satanistów zarzucając na nich sieci i wiążąc ich. Akcja przebiegała bardzo sprawnie. Wiadomo, co rutyna to rutyna. Profesor Cert, nim cokolwiek zdążył pomyśleć, leżał przygnieciony ciałami trzech żołnierzy, którzy z wielką wprawą krępowali mu ręce i nogi. Zupełnie przestał mu się podobać pobyt wśród ludzi. Został wrzucony na wóz. Satanistom związano ręce na plecach, założono pętle na szyje i przywiązano do wspólnego sznura, który przytroczono do konia jednego z rycerzy. Tak utworzony konwój ruszył w kierunku zamku.”
„Jean zaprosił przybyłych na suty posiłek. W tej sytuacji z przyczyn oczywistych Cert zdjął hełm. Wszyscy wokół zamarli ze zdumienia tylko Rajmund spokojnie powiedział:
- I co się tak gapicie? To jest właśnie najlepszy doradca księcia, Cert. Jego matka miała wypadek, gdy była z nim w ciąży i dlatego tak wygląda. Za to rozumu ma co setka mędrców.
- To jednak prawda, że książę podpisał pakt z diabłem - powiedział jeden z rycerzy Jeana.
- To propaganda naszych wrogów - nie dał się zbić z tropu Rajmund. - Cert jest po prostu „normalny inaczej”. A kto będzie uważał go za diabła czy innego sługę sił nieczystych ten wyląduje w lochu, a i kat może mieć przy okazji robotę. Czy jasno się wyraziłem?
- Tak jasno, że lepiej nie można - zgodził się szybko Jean. - On jest takim samym człowiekiem jak my tylko, że innym.
- Dokładnie tak - potwierdził Rajmund.”
„W czasie gdy ludzie Rolanda rozbijali obóz, rycerz Hugo z kilkuosobowym oddziałem postanowił zrobić rozpoznanie terenu w okolicach zamku. Gdy był już w pobliżu murów nieoczekiwanie wyłonił się wielokrotnie silniejszy oddział żołnierzy księcia Leona. Po krótkiej walce grupa Hugona została rozbita, a on sam trafił w ręce wroga. Jedynie giermkowi udało się ujść z życiem. Dotarł do obozu Rolanda i zdał relację z zajścia.
- No cóż - skwitował to książę, - najwcześniej jutro możemy zaatakować Champolion i odbić Hugona. Mam nadzieję, że do tego czasu nic im nie powie.
* * * *
Hugo został zabrany do zamku i od razu zaprowadzony do sali tortur. Dowódca zamku zapytał:
- Kiedy ma nastąpić atak? Jaka jest wasza taktyka? Jakie nowe urządzenia macie, jaka jest ich zasada działania i skutki użycia?
- Czy mogę na te pytania odpowiedzieć łącznie? - zapytał Hugo.
- Oczywiście - odpowiedział dowódca zamku.
- Nie wiem - powiedział Hugo.
- Co prawda odpowiedziałeś na pytania - rzekł na to dowódca, - ale ta odpowiedź nie wyczerpuje zagadnienia. Będę zmuszony wspomóc twoją pamięć. Kacie czyń swoją powinność.
Kat z entuzjazmem zabrał się do pracy. Stosował różne rodzaje tortur, ale efekt tego był mizerny. Następnego dnia dowódca zamku zaczął mu robić wyrzuty za małą efektywność pracy na co kat ripostował:
- Proszę zobaczyć jakim sprzętem ja pracuję. Jest już przestarzały i zużyty. O proszę, narzędzie do przypalania ciała jest już zupełnie przepalone, szczypce do wyrywania paznokci są całkiem luźne. Tym żadnego paznokcia wyrwać nie mogę. Bat jest wystrzępiony. Jak ja mam uzyskiwać dobre wyniki na takich przyrządach? Poza tym nie mam dostępu do fachowej katowskiej literatury. Nie mam kontaktu z innymi specjalistami z mojej branży. A słyszałem, że w Bizancjum organizują specjalne kongresy z mojej dyscypliny i są biblioteki z fachowymi manuskryptami, nie mówiąc już o sprzęcie.
- Skończ już narzekać kacie - powiedział zdenerwowany dowódca zamku. - Jak się chce to i w takich warunkach można uzyskać dobre efekty. Chcesz mi pewnie powiedzieć, że za mało zarabiasz.”
„Akcja tak dobrze się udała, bo Hugo niczego nie wyznał na torturach. Nad ranem zaczęto szukać dzielnego rycerza. Grupa żołnierzy, wśród których był jego giermek znalazła go zmaltretowanego w głównym lochu zamku. Gdy tam weszli i giermek zbliżył się do swego bohaterskiego pana, ten słabym głosem powiedział:
- Ucz się mój giermku, ucz. Ja się nie uczyłem, lekceważyłem wykłady Certa i przez to o mało co tu mnie nie zabito.”
„Cert nie dał się długo prosić i szybko spreparował coś w rodzaju szczepionki dla Huberta i innych zdrowych ludzi, a dla chorych przygotował lekarstwa.
Zaraz potem wyruszyli do umierającego miasta. Cert został w lesie przed murami, a Hubert poszedł leczyć ludzi. Kuracja okazała się rewelacyjna i już po kilku dniach liczba zgonów została ograniczona, a chorzy poczuli się o wiele lepiej. Po dwóch tygodniach zaraza została zlikwidowana.
- Dzięki ci przybyszu - zwrócił się do Huberta burmistrz miasta. - Ocaliłeś nas. Proś o co zechcesz, a spełnimy twoje życzenia. Powiedz nam skąd wiesz jak leczyć tę chorobę. Żaden z naszych lekarzy nic nie mógł poradzić.
- Mój przyjaciel - zaczął Hubert. - Ma olbrzymią wiedzę i to on wymyślił sposób na chorobę i nauczył mnie ją leczyć.
- A gdzie on jest?
- Ukrywa się w lesie pod miastem - odpowiedział Hubert.
- Dlaczego tu nie przyszedł? - drążył temat burmistrz.
- On wygląda trochę inaczej niż my - odrzekł Hubert. - Bał się, że gdy przyjdzie do miasta podczas epidemii to ludzie go zabiją myśląc, że to szatan.
- Aż tak z nim źle? - zdumiał się burmistrz.
- A może i gorzej - dodał Hubert.
- Zaproś go tutaj - powiedział burmistrz. - Nasz wybawca nie może żyć w lesie jak dziki zwierz.
Hubert wprowadził Certa do miasta. Jego wygląd zdumiał mieszkańców, ale przyjęli go bardzo życzliwie. W nagrodę Hubert i Cert dostali okazały dom w mieście.”
„Nadszedł wreszcie dzień kiedy podjęto po raz pierwszy próbę przeniesienia dinozauroidów do świata ludzi. O świcie Cert ukryty w zaroślach z pewnej odległości obserwował okolice groty leżącej u podnóża góry na której stał gród. Od grodu oddzielała go rzeka. W ciałach astralnych towarzyszyło mu kilku obserwatorów ze świata dinozauroidów. Był piękny letni poranek. Mijał czas. Słońce stało już wysoko nad horyzontem. W grodzie jak co dzień o tej porze panował już duży ruch. W pewnej chwili zrobiło się zimno. Zerwał się silny wiatr. Na niebie niespodziewanie pojawiły się chmury, które szybko gęstniały i zaczął z nich padać obfity deszcz, a potem grad. Równocześnie przed wejściem do pieczary materializował się jakiś obiekt. Ludzie w grodzie nie widzieli co się dzieje, gdyż czym prędzej chowali się przed gradem. Tylko nieliczni na wałach, którzy akurat byli świadkami tego zjawiska zamarli z przerażenia. U stóp góry pojawił się jolbrzymi potwór.
- To nasz wielofunkcyjny robot obronny - wyjaśnił Certowi jeden z dinozauroidów znajdujący się obok. - Będzie osłaniał pojazd z załogą. Nie wiadomo co tym ludziom do łbów strzeli.
Deszcz ustał. Wyjrzało słońce. Robiło się coraz cieplej.
- Dobrze, że wyszło słońce - powiedział Cert. - Zmarzłem trochę.
- Nie ciesz się zawczasu - powiedział inny dinozauroid. - Zaraz będzie jeszcze zimniej. Pojazd z żywą załogą pochłania zdecydowanie więcej energii z otoczenia.
Robot poruszał się po terenie u podnóża góry i dzięki kamerom umieszczonym na długim wysięgniku obserwował okolicę. Chodził na czterech nogach, gdyż powszechnie wiadomo, że pojazdy kroczące po nierównym terenie zużywają mniej energii niż inne, na przykład kołowe lub gąsienicowe. Maszyna mogła też latać.
Z wałów coraz więcej ludzi obserwowało dziwnego stwora, który niespodziewanie zjawił się u podnóża góry. Mijały chwile. Znów gwałtownie zaczęła spadać temperatura. Zrobiło się bardzo zimno. Niebo ponownie zasnuło się gęstymi chmurami. Siny wiatr wiał ze wszystkich stron w kierunku wzgórza, co zdumiało mieszkańców. Powstały trąby powietrzne porywające z ziemi małe przedmioty. Ludzie byli jeszcze bardziej zdziwieni, gdy z nieba lunął deszcz i następnie przeszedł w obfity śnieg, a rzeka zaczęła zamarzać. Obok robota pojawił się pojazd, który od razu wleciał do jaskini. Po chwili i maszyna wkroczyła do groty. Wszystkie niezwykłe zjawiska na raz ustały. Słońce znów świeciło zza chmur, które szybko się rozpływały. Śnieg tajał, lód na rzece topniał. Osłupiali ludzie na wałach dzwonili z zimna zębami.
Cert wykonywał gwałtowne ruchy żeby się rozgrzać.
- No, to my polecimy zobaczyć jak czują się Zyg i Moa po podróży - powiedział jeden z dinozauroidów. - Cześć Cert.
Zniknęli. Cert został sam. Myślał jak przedostać się niepostrzeżenie do pieczary, w okolice której zaczęli schodzić się ludzie. Z, ich zdaniem, bezpiecznej odległości obserwowali jaskinię. Cert nie mógł niezauważony przepłynąć rzeki, prawdopodobnie dość szybko zostałby złapany przez ludzi. Wtem z pieczary wyszedł robot. Ludzie uciekając w popłochu krzyczeli:
- Smok, smok, ratuj się kto może!
- A kto nie może ten ma przechlapane - przeleciało Certowi przez głowę.
Maszyna podeszła do rzeki, uniosła się trochę nad ziemię, przeleciała nad wodą i zbliżyła się do kryjówki Certa. Cert podszedł do niej, wszedł na jej grzbiet, gdzie było sześć siedzeń, usadowił się wygodnie i ruszyli w kierunku jaskini. Z wałów ludzie uważnie oglądali to zdarzenie. Robot łagodnie osiadł przed jaskinią i z gracją wkroczył do niej.”
„- Centrum ponagla nas byśmy przysyłali im więcej obiektów badawczych - martwiła się Moa - Smok jednorazowo może przynieść jedno większe zwierzę lub roślinę, a oni żądają dziesiątek sztuk. Poza tym zarzucają nam, że jeśli chodzi o ludzi, to przysyłamy im samych mężczyzn, a żadnej kobiety.
- A cóż możemy poradzić - przerwał te wywody Cert, - że w te okolice przychodzą tylko faceci i to bardzo rzadko. Smokowi udało się pod grodem złapać tylko jedną i to starą babę, bo zbyt powoli uciekała. Co prawda możemy robota puścić do grodu, żeby niszczył domy i z ruin wyciągał kobiety, ale wydaje mi się, że nie tędy droga.
- A może by w jakiś sposób zmusić mieszkańców, żeby sami wydawali nam kobiety - zamyślił się Zyg.
- Idea dobra, tylko jak ją zrealizować? - zapytała retorycznie Moa.
- Mam prosty sposób - powiedział Cert.
- ??? - zdumiała się Moa, która myślała, że jej pytanie pozostanie bez odpowiedzi.
- Zażądajmy od mieszkańców grodu, aby powiedzmy raz na tydzień dostarczali nam jakieś zwierzęta, rośliny i młodą kobietę - wyłuszczył swój pomysł Cert.
- Dziewicę - dodał Zyg. - Oni niektóre swoje młode kobiety tak nazywają. Ponoć smoki lubią je jeść. Jak nie zażądamy dziewicy to pomyślą, że nasz Smok jest jakiś nienormalny.”
„Po świecie rozeszła się wieść, że w pogańskim kraju żyje smok terroryzujący mieszkańców i pożerający dziewice. Z całej Europy zaczęli przybywać rycerze, by stoczyć walkę z tym monstrum. Sklepikarze i właściciele gospód cieszyli się z tego bardzo, gdyż ich dochody gwałtownie wzrosły. Modlili się do Swarożyca, aby potwór był tu jak najdłużej i każdego dnia z wielką obawą obserwowali jego wyloty, martwiąc się czy jeszcze powróci.”
„Ziemkowi nie chciało się uczyć, nie podobała mu się służba w drużynie wojów, a również nie miał odwagi przyłączyć się do jakiejś bandy przestępczej, bo oporów moralnych to raczej nie miał. Terminował więc u szewca. Lubił odwiedzać gospodę, gdzie opowiadał przy piwie lub winie jaki to on jest doskonały i jak wspaniale sobie radzi w życiu. Lubił też imponować kobietom. Miał luźny styl bycia, modnie się ubierał i zawsze miał jakieś pieniądze przy sobie więc podobał się dziewczynom. Gdy szedł na randki, bez wiedzy szefa pożyczał buty, które bogaci mieszczanie dawali do naprawy. Często oszukiwał i okradał swojego pryncypała. Ludzie widząc jaki Ziemko jest zaradny często z podziwem mówili:
- O skubany!!!
I od tego powstał jego przydomek “Skuba”.”
„W następnym dniu przed grotą stały owce, barany, dwie krowy, trzy kozy i młoda kobieta. Smok zaczął znosić zwierzęta w głąb groty. Na holograficznym ekranie badacze śledzili przebieg akcji. Certa tknęło jakieś złe przeczucie. Nie podobał mu się jeden baran, który cały czas stał nieruchomo, gdy tylko kamery smoka miały go w polu widzenia. Wyszedł z głównego pomieszczenia i podszedł do wyjścia groty, by na własne oczy zobaczyć barana. Po chwili do Certa dołączyła Moa. Gdy Smok podchodził do barana, Certowi zdawało się, że w pobliskich krzakach coś się poruszyło. Robot nachylił się nad baranem i w tym momencie nastąpiła silna eksplozja, która przewróciła Smoka. Maszyna poderwała się na nogi. Zaczęła biegać, miotać plazmą na lewo i prawo i strzelać promieniami laserowymi.
Z owych podejrzanych krzaków wybiegł Ziemko, chwycił dziewczynę, zarzucił ją sobie na plecy i najszybciej jak mógł pobiegł w kierunku grodu.
- O skubany! - wrzasnął Cert. - Wysadził naszego Smoka w powietrze.”
„Klac wiele słyszał o polowaniach na różne istoty we wszechświatach równoległych. Był tym bardzo zainteresowany. Jego przyjaciel Jul brał udział w kilku takich polowaniach. Zawsze z dumą pokazywał swoje trofea, których zazdrościł mu Klac. Wielokrotnie proponował Julowi wspólne łowy. Jul jeszcze nie był w świecie ludzi, więc zaproponował Klacowi wyprawę właśnie tam.
-Podobno w Afganistanie, takim ludzkim państwie - powiedział Jul - toczy się wojna. Będziemy mogli, bez zwracania szczególnej uwagi na siebie polować do woli na ludzi i inne stworzenia tam żyjące.
- Wspaniale - ucieszył się Klac.
Postanowili udać się w to miejsce. Klac był bardzo podekscytowany. Uczył się języków używanych w Afganistanie i rosyjskiego, poznawał topografię terenu, zwyczaje ludzi itp. Śmieszyło to Jula, ale nie przeszkadzał przyjacielowi.
Wreszcie nadszedł dzień wyjazdu. Jul i Klac wraz z przewodnikiem i pilotem lecieli nad Afganistanem wypatrując dogodnego miejsca do rozpoczęcia polowania. Wypatrzyli mały oddział Rosjan strzegących jakiś magazynów. Postanowili, że w nocy ich zaatakują.”
„Rosjanie zabrali statek wraz z istotami do instytutu badawczego pod Moskwę. Tam dokonano sekcji zwłok i pocięto na kawałki ciała Jula i Klaca. Z przewodnikiem i pilotem rozpoczęto eksperymenty. Robiono im wiele badań medycznych, rutynowo wykonywanych na ludziach. Szukając związku między obrazami powstającymi w oku, a procesami myślowymi, instalowano im małe kamery na oczy i obserwowano obrazy powstające na [q2]siatkówce.
Eksperymenty trwały już kilka dni, gdy nagle w kilku miejscach instytutu niespodziewanie otworzyły się tunele czasoprzestrzenne, z których wyskoczyły biegające roboty. Używając paralizatorów poraziły żołnierzy i personel naukowy. Błyskawicznie zabrały pilota, przewodnika, ciała Jula i Klaca i wbiegły z powrotem do tuneli, które natychmiast się zamknęły.
Ludzie długo nie mogli dojść do siebie po tym zdarzeniu. Nie rozumieli co się stało.
* * * *
Nie tylko ludzie byli zaskoczeni sprawnością akcji, dinozauroidy również. Służba bezpieczeństwa świata dinozauroidów nie szczędziła wydatków na rozwijanie technik przemieszczania się między wszechświatami. Liczono się z tym, że być może w niezliczonych wszechświatach istnieje cywilizacja, która umie podróżować tunelami czasoprzestrzennymi i która wpadnie na pomysł zaatakowania ich świata. Od czasu pierwszych podróży międzywszechświatowych stworzono na powrót wojsko i intensywnie rozwijano techniki walki i wnikania do innych światów.
W świecie dinozauroidów dzięki medycynie, ożywianiu bioenergią i pobudzeniu do podziałów komórek, zregenerowano ciało Jula, który powrócił do niego i już w niedługi czas potem cieszył się bardzo dobrym zdrowiem.
Ciało Klaca zamrożono, czekając, aż jego duch powróci.”
„Wszyscy znowu się skupili, a Lucyna zawołała:
- Jakikolwiek duchu, który jesteś w okolicy przybądź do nas!
* * * *
Klac, błąkając się bez celu, mijał właśnie jakiś wielopiętrowy budynek, gdy poczuł, że nieznana siła ciągnie go w kierunku okna na piątym piętrze. Zbliżył się do niego, przeniknął je i zobaczył grupę młodzieży siedzącą wokół kwadratowego stolika. Poczuł, że jedna z dziewcząt niezwykle silnie go przyciąga. Ucieszył się na możliwość sprawdzenia jak to jest w ludzkim ciele i wniknął w nią. Trochę dziwnie się poczuł. Ciało miało dobrą długość, ale narządy były zupełnie inaczej zbudowane. Za dużo palców u rąk i nóg i zupełnie inny układ mięśni. Ale nic to. Postanowił popróbować. Chciał coś powiedzieć do zebranych.
* * * *
Krystyna, wrażliwa i nieśmiała dziewczyna siedziała do tej pory cicho i bez ruchu. Teraz drgnęła gwałtownie. Jej twarz przybrała demoniczny wygląd, a z gardła wydobył się nieludzki charkot.”
„Po niedługim czasie Klac opanował w miarę dobrze język polski korzystając z pamięci Krystyny. Życie w nowym ciele zaczęło mu się podobać. Jako Krystyna kontynuował studia. Przyjaciele myśleli, że wszystko wróciło do normy.
Ale nadciągnęły „czarne chmury”. Na święta Krystyna musiała wrócić do domu. Rodzice od razu zauważyli zmiany w zachowaniu swojego dziecka.
Ciotka, która z nudów chodziła na spotkania różnych bardziej lub mniej podejrzanych towarzystw psychotronicznych i tym podobnych, uznała, że Krystyna jest prawdopodobnie opętana i radziła wizytę u radiestety - egzorcysty. Zaproponowała jednego ze swoich znajomych.
Radiesteta, gdy tylko przekroczył próg domu donośnym głosem oznajmił:
- Czuję tu negatywne energie, dużo zieleni ujemnej.
Wyciągnął różdżki hiszpańskie i zaczął krążyć po mieszkaniu. Co parę sekund różdżki krzyżowały się.
- Straszne - mruczał pod nosem. - Całe mieszkanie zapromieniowane. Tu nie można żyć.
- Co robić? - pytali przestraszeni rodzice Krystyny.
- Mogę zainstalować kilka odpromienników - zaproponował radiesteta. - Nie daję pełnej gwarancji odpromieniowania, ale na pewno poprawi to warunki życia w tym mieszkaniu. Co jakiś czas trzeba będzie je wymieniać na nowe.
- A ile to będzie kosztowało? - zapytała matka Krystyny.
- Nie jest to tanie - odpowiedział radiesteta, - ale zdrowie jest najważniejsze.
- Czy to pomoże mojemu dziecku? - pytała dalej matka.
- Ależ naturalnie - odparł radiesteta. - Inaczej nie robiłbym tego.
Klac, który obserwował to z drugiego pokoju uśmiechał się w myślach:
- Ale zaradny człowiek. Wie jak zarabia się pieniądze.
W tym momencie milczący dotąd ojciec włączył się do rozmowy:
- A co z naszą córką? Przecież to ją pan miał badać.
- A tak, lecz najpierw musiałem zdiagnozować otoczenie - z namaszczeniem oświadczył radiesteta. - Proszę zawołać córkę.
- Krysiu chodź do nas - zawołała matka.
Klac wszedł do pokoju. Radiesteta wyciągną wahadełko i ujął je w dwa palce prawej dłoni. Wahadełko zaczęło szybko wirować.
- Straszny demon opętał waszą córkę - z napięciem w głosie powiedział radiesteta. - Pochodzi z najciemniejszych czeluści astralu.
Rodzice przelękli się jeszcze bardziej.
- Czyli skąd? - wyjąkał ojciec ocierając pot z czoła.
- To straszne miejsce - z powagą odrzekł radiesteta. - Niewtajemniczeni w sprawy okultu nie powinni o tym za dużo wiedzieć.
- Pieprzy jak potłuczony - pomyślał Klac. - To prawdziwy profesjonalista.
- To co robimy? - drżącym głosem zapytała matka.
- Muszę odprawić najsilniejsze egzorcyzmy jakie istnieją - z mocą powiedział radiesteta, - egzorcyzmy ormiańskie. Proszę zostawić nas samych.
Rodzice wyszli z pokoju i zamknęli drzwi. Radiesteta zaczął wykładać świece, Pismo Święte i inne akcesoria potrzebne mu do odprawienia rytuału.
- Co on kombinuje? - zastanawiał się w myślach Klac.
Rozpoczął się obrzęd. Radiesteta zapalił świece, czytał fragmenty Pisma Świętego i mamrotał jakieś zaklęcia.
- Długo tak tu będziemy siedzieć? - zapytał znudzony Klac.
Radiesteta nic nie odpowiedział tylko kontynuował dalej. Po dwóch godzinach otworzył drzwi i zakomunikował:
- Demon został wypędzony. ”
„Klac powrócił do swojego świata. Jego ciało, tak jak wcześniej ciało Jula, zostało przywrócone do życia.
Przygody Klaca, Jula, Groka i kilku innych niefortunnych myśliwych stały się głośne wśród dinozauroidów. Ilość polowań w świecie ludzi spadła. Pomimo promocyjnych cen i reklamy znajdowano na nie coraz mniej chętnych. Bardziej popularne stały się inne światy, w których łowy były łatwiejsze i bezpieczniejsze.”
„Młody naukowiec Paweł leciał, w ramach polsko – wenezuelskiej współpracy naukowej, przeprowadzić dwumiesięczny eksperyment na IVIC w Caracas. Samolot zbliżał się do Zatoki Meksykańskiej, gdy eksplozja wstrząsnęła kadłubem. Ciśnienie powietrza w przedziale pasażerskim gwałtownie spadło. Ludzie zaczęli się dusić. Wybuchła panika. Samolot szybko tracił wysokość. Pilotowi, który zachował przytomności umysłu, udało się łagodnie posadzić maszynę na powierzchni morza. Na niewiele zdał się jego wyczyn, bo poprzez dziurę w kadłubie wdzierała się woda. Samolot szybko zaczął tonąć. Przerażeni ludzie biegali po pokładzie chcąc uciec. Na próżno. Woda zajmowała coraz większą część samolotu dosięgając pasażerów i załogę. Paweł znalazł się pod wodą. Kiedyś nurkował w klubie, więc wstrzymał oddech i spokojnie zaczął szukać jakiejś jamy gdzie zgromadziło się powietrze. Po przepłynięciu kilku metrów znalazł takie miejsce. Włożył tam głowę i zaczął oddychać. Im głębiej samolot się zanurzał tym większe stawało się ciśnienie i objętość powietrza we wnęce stale się zmniejszała. Paweł przełykał ślinę, aby zlikwidować ból w uszach powodowany wzrastającym ciśnieniem. Zdawał sobie sprawę, że to co robi nie ma sensu, ale instynkt życia był silniejszy. Było mu coraz zimniej. Mokra odzież nie chroniła go przed chłodem morskiej wody. Po kilkudziesięciu minutach woda zajęła całą wnękę. Paweł wziął ostatni głęboki oddech i czekał na śmierć. Utrzymywał powietrze w płucach przez kilka minut, co było jego rekordem życiowym, ale w końcu musiał je wypuścić. Wciągnął do płuc wodę morską i ze zdziwieniem stwierdził, że jeszcze żyje. Zrobił kolejny wdech zaciągając się wodą i dalej żył. Niesamowite! Po kilku oddechach przyszło mu do głowy, że chyba nie umrze, poszukał kocy i ciepłej odzieży. Otulił się nimi by zmniejszyć cyrkulację wody wokół ciała, która odbierała mu ciepło. Czekał. Nie miał pomysłu co zrobić dalej. Rozmyślał dlaczego jeszcze żyje. Czytał kiedyś o eksperymencie z psami, które zanurzone w roztworze soli fizjologicznej, będącego pod wysokim ciśnieniem, pobierały tlen prosto z roztworu. Przypomniał mu się eksperyment z osmozą ze szkoły podstawowej, gdy na lekcji biologii zanurzał ziemniaka w stężonym roztworze soli kuchennej, a następnie w wodzie destylowanej. Najpierw ziemniak marszczył się, a potem pęczniał. Wspomnienie to odniósł do swojej obecnej sytuacji.
- Prawdopodobnie na tej głębokości woda morska ma podobny skład do płynów tkankowych - powiedział w myślach - i na drodze osmozy komórki nie wchłaniają w nadmiarze wody z otoczenia ani jej nie oddają. Ciśnienie rozpuszczonego tlenu jest wystarczające abym się nie udusił.
Na podobnych rozmyślaniach spędził jakiś czas. Było mu się coraz zimniej. Popływał trochę żeby się rozgrzać. Uderzał co chwilę o przeszkody, bo w samolocie było zupełnie ciemno. Znalazł coś do jedzenia. Rozmoczony pokarm nie smakował mu specjalnie, ale nie miał dużego wyboru. Popływał jeszcze trochę po samolocie nie wiedząc co robić dalej. Naraz ujrzał światła za oknami. Nie mógł rozpoznać kształtów, bo oko ludzkie nie jest przystosowane do ostrego widzenia w wodzie. Pomyślał, że to ekipa płetwonurków odnalazła samolot. Ucieszył się, wydostał z wraku i popłynął im naprzeciw. Pojazd podpłynął do niego i wciągnął go do środka. Znalazł się w małej, jasnej komorze. Wykrztusił wodę z płuc i zaczął oddychać powietrzem. Po ucisku w uszach poznał, że ciśnienie powietrza jest sukcesywnie zmniejszane. Nagle w środku głowy usłyszał głos:
- Nie obawiaj się. Musimy przetrzymać cię w komorze kilka godzin, żebyś nie dostał choroby dekompresyjnej. To czym teraz oddychasz to specjalna mieszanka gazów. Jesteśmy na bardzo dużej głębokości.
Paweł zdziwił się sposobem przekazania informacji.
- Czyżby metody komunikacji rozwinęły się tak bardzo, a ja o tym nic nie wiem? - pomyślał.
- Aby umilić ci czas oczekiwania puścimy ci nasze ulubione utwory muzyczne - ponownie w jego głowie odezwał się ten sam głos.
Po chwili w mózgu Pawła rozbrzmiała muzyka Disco Polo.
- Skąd oni znają tę muzykę? - zastanawiał się Paweł. Czyżby to była polska ekspedycja? Przecież Polacy nie prowadzą takich badań. Nie ma w Polsce sprzętu do badań głębinowych.
Muzyka Disco Polo grała dalej. Paweł zabijał czas rozmyślaniami. Po dekompresji otworzyły się drzwi. Przeszedł korytarzem i znalazł się w dużej, jasnej sali. Na środku stały trzy dziwne stworki.”
„Zork przerzucał po kolei wszystkie polskie stacje włącznie z lokalnymi.
- Rosyjska, amerykańska, kubańska - Zork po kolei prezentował możliwości swojego sprzętu.
Podeszli do innego pulpitu.
- Tu możemy słuchać wszystkich rozgłośni radiowych świata - oznajmił Zork.
I znów odbyła się demonstracja. Okazało się, że lokatorzy bazy mogą podsłuchiwać wszystkie rozmowy telefoniczne aktualnie prowadzone gdziekolwiek na świecie.
- A tu mamy końcówkę internetu - Zork pokazał z nieukrywaną dumą kolejny pulpit z monitorem. Jak chcesz możesz połączyć się stąd z każdym adresem internetowym. Paweł wystukał na klawiaturze adres: http://www.uj.edu.pl (tu można podać stronę www PZU Życie) i na ekranie pojawiła się strona Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.
- Zdumiewające - nie
mógł wyjść z podziwu Paweł.”
„Przez kilka dni z niedowierzaniem obserwował jak ciało Irlandy powraca do stanu sprzed katastrofy. Widząc, że rany błyskawicznie zabliźniają się i wszelkie ubytki ciała odrastają zapytał Esę:
- Jak to robicie, że z kawałka mięsa tworzy się człowiek? Przecież tam były same martwe komórki, a teraz widać, że to żywe ciało.
- No, nie tylko martwe - powiedziała Esa.- Część była jeszcze żywa. Martwe komórki ożywiamy za pomocą bioenergii. Wszystkie żywe komórki pobudzamy do podziałów i zmuszamy do tworzenia odpowiednich tkanek. Za pomocą stymulacji podziałów i apoptozy, czyli kontrolowanej śmierci komórek odtwarzamy prawidłowe tkanki. W moim świecie jest to rutynowa technika. Jeśli ktoś na przykład ma chore, stare serce, to część jego komórek serca zmuszamy do podziałów i odrasta nowe serce. Stare w wyniku apoptozy zanika i taki osobnik ma nowe, młode serce. Podobnie jest z innymi narządami. Ludzki kod genetyczny złamaliśmy ponad tysiąc lat temu. Nasz nawet nie wiem kiedy. Dzięki manipulacjom genetycznym jesteśmy w stanie zbudować od podstaw zupełnie nowy organizm nie występujący w przyrodzie. Możemy stworzyć człowieka, którego ciało będzie składało się z zupełnie innych materiałów, na przykład skóra będzie miedzy innymi z polietylenu, bo organizm zsyntezuje go. Możemy zaprojektować doskonalsze komórki mózgowe, a potem ułożyć odpowiednią sekwencję nukleotydów i mózg urodzonego osobnika, mającego taki kod genetyczny, będzie pięć razy szybciej myślał. Możemy zaprojektować zupełnie inny mózg, o wiele wydajniejszy, do którego można bezpośrednio podłączyć mikroprocesory. I ta właściwość będzie przekazywana dalszym pokoleniom. Jeśli chcesz, wyhodujemy ci na ciele trzecią rękę z dwoma kciukami i tak zmodyfikujemy układ nerwowy i krwionośny, że ręka będzie całkiem sprawna.
- Nie dziękuję, wystarczy mi to co mam - powiedział Paweł.”
„Zaprowadzono Pawła do pokoju. Położył się na łóżku i rozpoczął się seans. W środku głowy usłyszał łagodną muzykę i komendy hipnotyczne wydawane miłym, spokojnym głosem. Zapadł w trans. Przed oczami zaczęły mu się przewijać obrazy z przeszłości. Wrócił do wspomnień z dzieciństwa, oglądał swój poród, a następnie cofnął się do poprzedniego wcielenia. Był dziewiętnastowiecznym kupcem, który handlował towarami indyjskimi. Znał dobrze kulturę i religię Indii. Pasjonowało go to. Nie był w pełni przekonany o istnieniu reinkarnacji, ale przed śmiercią zdeponował część majątku w jednym z londyńskich banków. Paweł dowiedział się, jakie to konto i jak może odebrać zdeponowany kapitał.
Trans się pogłębiał. Paweł przeszedł do kolejnego wcielenia. Był szesnastowiecznym, hiszpańskim marynarzem, który pływał do Ameryki Południowej po złoto i inne towary. Pewnego razu, gdy płynął do Hiszpanii galeonem pełnym złota, został zaatakowany przez piratów. Rozpoczęła się straszliwa walka. Na rozkaz jednego z oficerów, on z kilkoma innymi marynarzami przeładował skarby na łodzie ratunkowe. Korsarze już prawie opanowali statek, gdy kilka łodzi odbiło od galeonu i uciekało w kierunku pobliskiej wyspy. Paweł był na jednej z nich. Nie odpłynęli daleko, gdy zabłąkana kula armatnia trafiła jego łódź, która błyskawicznie zatonęła. W niedługi czas potem Paweł poszedł w jej ślady. Trans trwał dalej. Zobaczył jeszcze kilka innych swoich wcieleń.
W sąsiednim pokoju dinozauroidy wraz z Irlandą oglądały wizje Pawła. Gdy się obudził nie mógł uwierzyć w to co widział.
- Łatwo to sprawdzić – powiedział Zork wkraczając do pokoju gdzie był Paweł. – Komputer już dokonuje identyfikacji szczątków kostnych, znalezionych przez was. Każdy duch pozostawia w ciele fizycznym charakterystyczne piętno. Zaraz się okaże, czy te kości należały kiedyś do ciebie.
Po chwili główny komputer potwierdził pozytywna identyfikację. To był Paweł. Komputer dokonał również rekonstrukcji jego wyglądu sprzed czterystu lat. Na środku pokoju stanęła holograficzna postać.
- Ale obleśny grubas - skwitowała to Irlanda.
- Wiecie co, muszę odpocząć - powiedział Paweł kierując się do swojego pokoju. - Za dużo wrażeń miałem dzisiaj.
W tym dniu Paweł uwierzył w reinkarnację.”
„Kilka dni później Paweł i Irlanda opuścili życzliwych gospodarzy i wrócili do ludzi. Po powrocie do Polski Paweł zorganizował pieniądze na podróż do Wielkiej Brytanii, gdzie podjął zdeponowane pieniądze. Przez ponad sto lat zdążyły uróść duże odsetki. Stał się bogatym człowiekiem. Ożenił się z Irlandą, porzucił karierę naukową i zajął się tym, co lubił najbardziej, nurkowaniem i podróżami. Kupił statek przystosowany do wypraw nurkowych i eksploracji głębin. Poszukiwał wraków, robił filmy i pisał książki o tematyce podwodnej. Pomnażał majątek robiąc to, co lubił i tylko wtedy, kiedy miał na to ochotę.
Czasem nachodziła go taka refleksja: „żyję wygodnie, mam wspaniałą żonę, robię to, co chcę i kiedy chcę, a ludzie uparcie powiadają, że pieniądze nie dają szczęścia.””